O autorze
Nazywam się Anna Jankowska. Jestem pedagogiem, autorką książek dla rodziców, dzieci i nauczycieli, blogerką, mamą. Udzielam konsultacji pedagogicznych online, a na blogu www.tylkodlamam.pl, dzielę się wiedzą na temat wychowania i twórczych aktywności z dzieckiem.

Jak napisać list do Mikołaja

Rys. Anna Jankowska
Rys. Anna Jankowska
Im jestem starsza tym bardziej czepiam się rzeczy „świętych” i oczywistych. Zanim zacznę zastanawiać się nad własną starością, przyczepię się do czegoś, co od dawna nie daje mi spokoju. Chodzi konkretnie o Świętego Mikołaja. A właściwie o pisanie listów do niego.

Wiem, że porywam się z motyką na tradycję, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że te listy powinny wyglądać inaczej. Kiedyś wyglądały inaczej i b y ł y piękną tradycją. Dzisiaj są głównie spisem obejrzanych w grudniu i listopadzie spotów reklamowych. Spotkałam się nawet (z licznymi) przypadkami, że dzieciaki po prostu wklejały zdjęcie reklamowanej zabawki wycięte z gazetki lub ulotki i już... nie zadając sobie trudu, by coś skrobnąć o grzeczności przez cały rok albo cokolwiek o „dziękuję”, „wierzę w Ciebie”, „czekam”. Może więc powinnam się czepiać reklam, a nie Bogu ducha winnego świętego? Jednak to na jego postaci opiera się cała koncepcja więc i jemu się dostaje.

Sama legenda o Mikołaju w żadnym momencie nie wspomina o „chcę” i „daj mi”. Przecież to on obdarowywał biednych. Czy te listy i prośby płynące wprost z dziecięcego serca nie mogłyby dotyczyć chęci wspomagania biedniejszych i słabszych?

No więc mam legendę. Co dalej? Potem oglądam reklamę Ikei, w której dzieci proszą Mikołaja o więcej czasu z rodzicami. A jeszcze później czytam to, co „prawdziwe” sześciolatki serwują mi na co dzień – spisy dotyczące zasilenia regału z zabawkami o kolejną plastikową ekspozycję. I to najczęściej bardzo drogą, bo ktoś przecież za te reklamy (tak, tak, szwedzkiego koncernu meblowego też) musi zapłacić.

Sama legenda daje naprawdę sporo możliwości uczenia najmłodszych o wartościach, szacunku, pokazania na czym polega dobry uczynek i niesienie pomocy potrzebującym. Wrzucenie drobniaków z reszty do puszki przy kasie w Tesco, naprawdę nie wyczerpuje wachlarza możliwości.


A jeśli już nawet nie chce nam się, nie mamy potrzeby zbawiać całego świata, to przy okazji legendy można przecież pokazać dziecku, że obdarowywanie prostymi, własnoręcznie przygotowanymi podarkami to największa przyjemność. A przynajmniej tak samo wielka jak dostawanie prezentów. Jeśli dorośli tego nie pokażą, to dziecko samo na to nie wpadnie. Z całą wiarą w dziecięcą niewinność, czystość, domyślność i dobroć serca, trzeba je tego po prostu nauczyć.

Żeby nie być gołosłowną wprowadziłam u nas w domu tę nową tradycję. Oczywiście nie powiem sześciolatce, że Mikołaja nie ma i sama musi zrobić prezenty dla najbliższych na 6 grudnia. Czepiam się świętości, ale serce mam. Niemniej jednak już prezentów w Wigilię nikt nam nie przynosi przez komin. Dziecko robi je samodzielnie dla babć, dziadków, rodziców, czasem wujków, cioć i kuzynek. Wygląd i wielkość dowolne oczywiście. Czasem jest to renifer z rolki po papierze toaletowym, innym razem kolorowanka. Wszystko zależy od tego w jakiej jest formie, ile mamy na to czasu i chęci. Wysyłamy też własnoręcznie robione kartki świąteczne.

Choć jeśli ktoś nie przepada za robieniem wszystkiego od A do Z, można wesprzeć się gotowymi, darmowymi, dostępnymi powszechnie wzorami z internetu lub z mojego bloga www.tylkodlamam.pl i je samodzielnie wyciąć, pokolorować, poprzerabiać... Zaangażować się. Tylko tyle i aż tyle. Wtedy dopiero mam wrażenie, że nie mijamy się z duchem i tradycją świąt. Nie ukrywam, że jest to ciężka praca... ale wtedy najbardziej czuję, że te święta coś wnoszą do jej (i naszego) życia. I że w liście do Mikołaja nie będzie prosiła o czas spędzony z rodzicami. Bo robiąc wspólnie prezenty okazji do zabawy nie brakuje.

Noooo i wracając do tych nieszczęsnych listów. Większość zabawek, o które proszą dzieciaki to oczywiście telewizyjne gadżety. Kiedy pytam, dlaczego chcą akurat taką zabawkę, to słyszę: „Bo widziałem to w telewizji i jest świetne”, albo skrócona wersja absurdu: „Bo to jest reklamowane”. Ot tak, po prostu.

I co tu począć z ta piękną tradycją, która zamienia się prze ostatnie lata w kawałek plastiku? Przecież nie zakażę dzieciom pisania listów do Mikołaja tylko dlatego, że w większości przypadków proszą o bzdury. Może bym i chciała, ale takiej mocy nie mam. Niestety, nie wygram też z reklamami. Nawet dzieci, które nie mają w domu telewizora doskonale wiedzą czego plastikowego chcą, „bo jest reklamowane”. Rozumiem nawet, bo taki mam zawód, że rozumiem. Ale pogodzić się z tym trudno!

I znowu zgrabny powrót na własne podwórko. Moje dziecko też oczywiście napisało prośbę do Mikołaja o kawałek bardzo drogiego plastiku. Już kolejny rok zresztą pada ofiarą „rozczarowania mikołajkowego”. I nawet przy użyciu całej swojej supermocy i pedagogicznych strategii nie jestem w stanie wygrać z reklamową papką. Oczywiście mogłabym machnąć ręką i powiedzieć, że raz do roku można przymknąć oko na te niepraktyczne, rozczarowujące prezenty. Ale jakoś nie mogę. Bunt się we mnie rodzi i już.

Jednak dwa lata temu rozbłysła iskierka nadziei, potem zgasła i w tym roku znowu się pojawiła. Mając 4 lata, Karolina na pytanie o to, co chce od Mikołaja, odpowiadała, że chce niespodziankę. Zdarzyło się to już drugi raz, ale skoro się zdarzyło to znaczy, że da się. Da się! Więc będę robić wszystko, by uświadomić dzieciom, z którymi przyjdzie mi się spotkać (i jej rzecz jasna), że niespodzianka jest najlepszym prezentem.

To daje też dorosłym pole do popisu. Rozumiem, że część pójdzie na łatwiznę i kupi po prostu to, co najczęściej reklamują w telewizji. Jednak znajdzie się i spora grupa, która kupi przemyślaną niespodziankę. Nie kawałek plastiku, na którym dziecko zawiesi wzrok na dzień lub krócej, ale coś czym będzie się cieszyć długi czas. Bo w gruncie rzeczy to jest właśnie uszczęśliwianie - dawanie tego, co pociecha potrzebuje i co sprawi radość. Takie podejście jest też bliższe legendzie o Mikołaju niż reklama Coca-Coli i w ogóle reklamy, prawda?

A na te reklamowane (bo przecież nie można dzieciom odbierać prawa do podejmowania własnych decyzji i pragnień - nawet jeśli są plastikowe) niech przeznaczą swoje kieszonkowe. Jeśli będą czegoś naprawdę bardzo chciały, to zechcą zbierać pół roku, rok albo i dłużej. Pierwsze rozczarowanie zakupem każe się dobrze zastanowić, czy warto się aż tak starać o kawałek drogiego plastiku. Każdy dojdzie do własnych wniosków, bo przecież nie każdy zakup musi być rozczarowaniem. Ale przynajmniej Mikołaj nie będzie w to zamieszany.

Pozdrawiam i zapraszam na bloga
www.tylkodlamam.pl
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...